Naprzód poezja. VI „HERBERTiada” w Młodzieżowym Domu Kultury w Jaworznie

(…) grzeczny, życzliwy, spokojny, lecz w uprzejmości czai się wola i krnąbrność i jakaś wyczulona przewrotność, z którą lepiej się liczyć. Mówi cicho, interesująco i wie, o czym mówi, nosi w sobie dużą i bezinteresowną erudycję, którą bez wysiłku przetapia na dowcip i wdzięk. Uprawia moralną czystość, bezkompromisowość i wierność samemu sobie trochę na pokaz, ale w tak solidnym gatunku, że nie można przyczepić się do niczego i nie można odpłacić mu niczym poniżej głębokiego szacunku.

Takim przedstawia Zbigniewa Herberta Leopold Tyrmand, przyjaciel poety, obserwujący zmagania pisarza-intelektualisty w grząskim torfowisku otaczającej go rzeczywistości. Erudycja twórcy, którą ten wykorzystywał, czyniąc swe dzieło apologią źródeł kultury europejskiej, jest niewątpliwie jednocześnie conditio sine qua non jego zrozumienia – jakby napisał autor „Dziennika 1954”. Spuścizna niestrudzonego badacza labiryntów historii, historii sztuki i filozofii, niezmordowanego reinterpretatora archetypicznych opowieści o smaku Morza Śródziemnego jest pisarstwem człowieka kultury, dlatego wymaga od odbiorcy wiedzy z różnych dziedzin humanistyki, a także szczególnej wrażliwości, pozwalającej pojąć swoistą rozkosz płynącą z kontemplacji malarstwa, rzeźby i architektury.

 Poezja Herberta, wyrastająca z pnia awangardy, czasem lakoniczna i gęsta, czasem rozlewająca się w szerokie frazy, wymusza na czytającym samodyscyplinę w procesie recepcji, która nie jest konieczna podczas lektury wielu współczesnych utworów lirycznych, przedrzeźniających „pop poetry” – jej manierę antyintelektualizmu, nonszalancji językowej i niewybrednego humoru. Podobnie, proza niegdysiejszego pracownika spółdzielni zabawkarskiej – nie utkwi drzazgą w wyobraźni tego, kto nie pojmuje lirycznej geometrii płócien Piera della Francesca, miażdżącego piękna gotyckich katedr czy tajemnego znaczenia holenderskich bodegones.

Na uznanie zasługuje więc pomysł zetknięcia młodych umysłów ze słowem twórcy Pana Cogito, jednego z najbardziej wyrazistych bohaterów w literaturze polskiej. Przedsięwzięciem, które nie terroryzuje niedojrzałych jednostek, a jedynie pozwala otworzyć bramę do starannie wypielęgnowanego ogrodu Herberta, jest konkurs recytatorski „HERBERTiada”, organizowany od 2008 roku przez nauczycieli Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2 w Jaworznie, którzy doprowadzili do jego rozkwitu dzięki współpracy z Młodzieżowym Domem Kultury.

Szósta edycja konkursu, która odbyła się 18 marca 2013 roku w sali audiowizualnej wspomnianej instytucji, (jak zwykle) rozpoczęła się niezwykle – tradycyjną polską pieśnią… „Sto lat!” ku czci wszystkich mężczyzn o imieniu Zbigniew, a następnie rozpłynęła się w labiryntach cywilizacji europejskiej, postrzeganej oczami Herberta.

Organizatorzy z namysłem przygotowali harmonogram konkursu i towarzyszące mu niespodzianki, czuwając, by żaden przyziemny problem nie zakłócił specyficznego klimatu rodzącego się z obcowania z tekstami kultury na poziomie absolutnego mistrzostwa.

Jury zostało wtrącone w piekło wyboru najlepszych recytatorów spośród aż trzydzieściorga trojga wykonawców. Dantejska liczba uczestników nie przeraziła prowadzących, które ze spokojem godnym Zenona z Kition dokonały losowania i w ciągu kilku minut dokonały ustalenia kolejności występujących, prezentujących zróżnicowany poziom interpretacji, ale zawsze zachowujących szacunek do słowa.

Przed ogłoszeniem nazwisk zwycięzców nastąpiło swoiste interludium – projekcja programu „Herbert”, będącego zapisem koncertu zarejestrowanego w TVP Lublin w 2009 roku, podczas którego wystąpili między innymi Wojciech Waglewski i Edmund Staszczyk. Rockowe aranżacje muzyki Karima Martusewicza, który skomponował szereg utworów do wierszy Zbigniewa Herberta, rozkołysały serca gości, nieco wyziębione ich chłodną doskonałością i zmniejszyły napięcie wśród oczekujących na werdykt.

Mimo powagi tematu, konkurs nie nabrzmiał bombastycznością, pozbycie się której mogłoby skończyć się wielkim hukiem w przestworzach. Nic tak nie szkodzi literaturze jak wtłaczanie jej a priori na niebotyczne wyżyny, którego dokonują czasem osobnicy o bladych i ziemistych cerach, przekonujący nieskuteczne, że wielka poezja, będąc wielką, zachwyca nas.

Główny organizator, miłośnik Zbigniewa Herberta, Jego imiennik, więc sala odśpiewała 100 lat dla obu solenizantów (Zbigniew obodzi imieniny z Patrykiem), Zbigniew Szuster, o ujmującym sposobie bycia, nie zmarnował czasu na – przyprawiający o senność – wykład na temat Herbertowskiego moralizatorstwa, „metafizyki konkretu” czy poglądów twórcy na temat epistemologicznej funkcji poezji. Oddał głos artyście i pozwolił mu wybrzmieć dzięki woli kilkudziesięciu młodych ludzi.

Być może nie wszyscy uczestnicy w sposób dojrzały zastanawiali się nad znaczeniami pojęć, które wydobywali dzięki wypowiadanym słowom, ale uczynili jakiś krok na drodze do siebie i drugiego człowieka.

Tym właśnie była poezja dla samego Herberta – sposobem poznania, a także spotkaniem z drugim człowiekiem.

Konstancja Zarzycka

Herbert29

Herbert18

Herbert13

Herbert16

Herbert05

Herbert02

Herbert01

Reklamy